Strona główna » Wiedza » Analizy i komentarze » PAN: 60 mld zł rocznie tracą gminy przez rozproszoną zabudowę

PAN: 60 mld zł rocznie tracą gminy przez rozproszoną zabudowę

30.11.17

Nawet 60 mld zł rocznie mogą wynosić koszty uzbrojenia i utrzymania infrastruktury rozproszonej zabudowy w Polsce – wynika z badań prowadzonych w Polskiej Akademii Nauk. Rozpraszanie zabudowy jest wynikiem dużej nadpodaży terenów mieszkaniowych w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego.

articleImage: PAN: 60 mld zł rocznie tracą gminy przez rozproszoną zabudowę fot. Thinkstock

Według szacunków prof. Przemysława Śleszyńskiego z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN, który koordynuje prace badawcze nt. dokumentów planistycznych w gminach, koszt uzbrojenia obszarów najbardziej rozproszonych jest dla gminy nawet 100 razy większy od kosztów zabudowy zwartej.

„Rozproszenie zabudowy wiąże się z chaosem, dziką zabudową, niskim standardem usług, brakiem szkół i rozcinaniem układów ekologicznych. Koszty uzbrojenia i utrzymania infrastruktury oraz nakładów związanych z obsługą transportową, w tym dojazdów do pracy, w przypadku rozlewającej się zabudowy w skali Polski mogą wynosić nawet 60 mld zł rocznie. O tyle więcej płacą mieszkańcy i przedsiębiorstwa, ale przede wszystkim samorządy, bo to one muszą na oddalone obszary doprowadzić całą infrastrukturę - drogi, kanalizację i wodociągi - a potem ją utrzymać” – uważa Śleszyński.

Zgodnie z wyliczeniami naukowców z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach – prof. Krystiana Heffnera i dr Piotra Gibasa, na które powołuje się Śleszyński - każdy dodatkowy metr powyżej pewnej odległości kosztuje gminę w ciągu kilku lat nawet 1,6 tys. złotych. To w skali całego kraju dziesiątki mld złotych. „Przykładowo właściciel działki oddalonej od zabudowy zwartej płaci kilkaset złotych za przyłącze. Natomiast główne koszty doprowadzenia i utrzymania infrastruktury pokrywa gmina z podatków, czasami z funduszy unijnych, które mogłyby być lepiej wykorzystane” – zaznaczył prof. Śleszyński.

Jego zdaniem rozpraszanie zabudowy w Polsce jest wynikiem silnej nadpodaży terenów mieszkaniowych w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego, na których mogłoby zamieszkać nawet 60 mln osób. Tymczasem pokrycie kraju tymi dokumentami planistycznymi gmin wynosi niecałe 30 proc. powierzchni.

Na pozostałym obszarze buduje się na podstawie decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu (tzw. wuzetkach), które – w ocenie naukowca - w jeszcze większym stopniu co wadliwe plany miejscowe, przyczyniają się do chaotycznego rozwoju osadnictwa.

Jak wyliczył prof. Śleszyński, do kosztów wywołanych niekontrolowaną urbanizacją należy zaliczyć też koszty dojazdów do pracy, które z odległości powyżej 5 km generują około 30 mld zł dodatkowych nakładów rocznie.

Według niego są też inne, potencjalnie ogromne koszty, które nazywa „tykającą bombą zegarową”, wynikające z konieczności wykupu przez gminy terenów pod drogi w planach miejscowych. „Gdy radni uchwalą plan miejscowy, w którym są przewidziane tereny mieszkaniowe, gmina ma obowiązek wykupić miejsce pod drogi pomiędzy planowaną zabudową, niezależnie od tego, czy faktycznie powstają tam domy. Sądy różnie to interpretują, ale generalnie przychylają się do poglądu, że prawo taki obowiązek na samorządy nakłada” – wyjaśnił.

Jak zauważył naukowiec, gdyby wszystkie gminy musiały wykupić tereny pod drogi, to - według niektórych prognoz - doprowadziłoby to do bankructwa takie samorządy jak Lesznowola czy Piaseczno. W tamtych gminach urbaniści policzyli, że koszty wykupu mogą sięgać setek mln zł i wielokrotnie przewyższają roczne budżety gmin.

„Nasze szacunki pokazują, że gminy w Polsce musiałyby zapłacić, w zależności od wariantów, od kilkunastu do 60 mld zł. Są to olbrzymie kwoty, które grożą bankructwem gmin. Właściciele gruntów już składają pozwy. Wiem o takich przypadkach w Warszawie i w Poznaniu” – powiedział.

W ocenie naukowca „cennym, choć o wiele lat spóźnionym rozwiązaniem” w projekcie Kodeksu urbanistyczno-budowlanego, nad którym trwają obecnie prace, jest zapis mówiący, że każda gmina powinna najpierw sporządzić prognozę demograficzną, a dopiero do niej dostosować plany miejscowe. „Wprawdzie powinno to znacznie ograniczyć nadpodaż gruntów budowlanych w przyszłości, ale nie rozwiązuje to problemu już obowiązujących dokumentów z wadliwie, w wielkiej nadwyżce zaplanowanymi przez gminy, terenami mieszkaniowymi” - podkreślił prof. Śleszyński.

Według zapewnień Ministerstwa Infrastruktury i Budownictwa, kompleksowe regulacje Kodeksu urbanistyczno-budowlanego mają rozwiązać problem nadpodaży planów miejscowych. Uchwalenie planu przez gminę będzie wymagało zabezpieczenia środków finansowych na inwestycje celu publicznego niezbędne do zagospodarowania terenu zgodnie z tym planem.

Natomiast nadużycia przy inwestowaniu na obszarach nie objętych planem miejscowym, na podstawie decyzji o warunkach zabudowy, mają zostać zlikwidowane przez tzw. ustawę inwestycyjną. Obecnie znajduje się ona na etapie opiniowania przez samorządy. Zasadnicza zmiana polega na wyznaczeniu w każdej gminie obszaru zabudowanego, na którym dopuszczalne będzie inwestowanie, mimo braku planu miejscowego. (PAP)

autor: Mateusz Kicka

edytor: Wojciech Kaźmierczak

30.11.17
Skomentowano 0 razy
Średnia ocena artykułu (oddanych głosów: 0)

 
ZOBACZ TAKŻE

Zapisz się na newsletter
NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE